Moja droga do SOS-u - Jacek Jakubowski

Mój SOS - Łukasz Ługowski

Dziwne miejsce - Lucyna Bojarska

O Janeczce - Lucyna Bojarska

Janka - Małgorzata Brendel

Wspomnienia z SOS-u po trzydziestu latach - Marta Bieniasz

Moje zabawne wspomnienia - Anna Świątkowska

Wspomnienia wychowawcy - Mariola Dobrosielska

Do Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii „SOS" trafiłam w 1993 roku, gdy jeszcze funkcjonował przy ul. Grochowskiej 194/196 (i chyba był to wtedy Szkolny Ośrodek Socjoterapii „SOS"). Chciałam tam pracować jako wychowawca. Skąd pomysł? Narodził się jeszcze podczas moich studiów, po przeczytaniu artykułu o tym miejscu i jego ludziach, który znalazłam w tygodniku „RAZEM". Szczęśliwie (dla mnie, oczywiście) akurat odbywała się „zmiana warty" w zespole wychowawców, tzn. ówczesny dyrektor, Witek Dzięciołowski wymieniał całą ekipę. Widocznie tak mi było pisane. Cieszę się, bo bardzo wiele nauczyłam się od współpracowników i od uczniów. Niekonwencjonalne miejsce i tacy ludzie...   Nie podobało mi się, że wtedy jeszcze można było palić papierosy w szkole, nawet na lekcjach. Na szczęście, po jakimś czasie udało się ten przykry dla mnie zwyczaj zmienić i palacze musieli wyjść przed budynek. Może dlatego podczas przerw robiło się tak pusto i bezludnie w szkole? No cóż, siła nałogu...

Zabawnych historii z SOSu znam wiele, nie każda jednak nadaje się do opublikowania. Jedna z nich jest o najpilniejszym uczniu SOS-u -  Mateuszu. Mati przekonany, że musi się stawić w okresie letnim na poprawkę z chemii, poświęcał w wakacje swój cenny czas na naukę tego jakże potrzebnego w życiu przedmiotu. Po czym poszedł i całkiem nieźle zdał egzamin. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to nie on powinien być na poprawce z chemii.

Był rok 1980. Od września zaczęłam pracować w Centrum Kształcenia Ustawicznego jako wychowawca Klas Filialnych dla Młodzieży Zagrożonej Uzależnieniem. Były one kontynuacją Ośrodka założonego przez Jacka Jakubowskiego wraz z ekipą przyjaciół. W CKU pracowaliśmy przez rok: Jac - twórca, kierownik, wychowawca; Halinka Wróblewska i ja (wszyscy razem znaliśmy się ze studiów) – my jako wychowawcy etatowi; do tego ekipa nauczycieli z Janeczką Zawadowską na czele oraz liczna ekipa stażystów. Klasy, o ile dobrze pamiętam, były trzy, wypełnione dwoma typami uczniów: jedni to uzależnieni od narkotyków, głównie od „kompotu”, drudzy to eksperymentujący ze sobą młodzi ludzie, którzy wypadli z systemu oświaty. Od początku wiedzieliśmy, że szkoła to pretekst do powrotu do życia bez ćpania, do twórczego uporania się ze sobą. Praca z młodzieżą układała się nam dobrze i myślę, że również w związku ze sprzyjającymi okolicznościami przemian w Polsce (czas Solidarności)  podjęto decyzję o utworzeniu od września 1981 roku pierwszego w Polsce Szkolnego Ośrodka Socjoterapii z siedzibą w pięknym, ale strasznie zniszczonym, walącym się budynku na ul. Strażackiej na Kawęczynie. No i zaczęło się !!!

Z pierwszej wizyty w SOSie  potrafię przywołać tylko pojedyńcze, oderwane obrazy. Korytarz kolorowy od grafitti, pod ścianą stos podartych materaców gimnastycznych, na materacach wylegiwacze. Irokezy i dredy wylegiwaczy.  Klub z drewnianymi ławami,  dla głodnych chleb, dżem, musztarda.  Wszędzie siwo od papierosowego dymu.  Brudno jak w „skłocie".  Mój zachwyt, pamiętam, nie miał granic - byłam gotowa wymyślić i opowiedzieć Grażynie Budce dowolnie spuchnięty od  traumy życiorys, byle tylko dostać się do tej szkoły.

„Jeśli uważasz, że coś jest ważne i powinno być zrobione - po prostu to zrób..."

Janeczka Zawadowska

„...nie oglądaj się na innych, nie czekaj, aż oni to zrobią, nie narzekaj, że powinno, a nie jest zrobione. Po prostu - zrób. Bo inaczej prawie na pewno nie będzie zrobione. Albo ktoś to zrobi, ale zupełnie inaczej, niż myślisz. I możesz być zawiedziona."

To były czasy odległe, przaśno-historyczne. Wiosna '89 roku. Pracowałam w ośrodku leczniczo - rehabilitacyjnym dla młodzieży chorej na płuca i oskrzela. Takiej, która nie miałaby szansy skończyć jakiejkolwiek szkoły, gdyby nie miała cały czas lekarzy pod ręką. Byłam wychowawcą w internacie i każdy dyżur zaczynałam od sprawdzenia, kto akurat leży pod tlenem, kto pod kroplówką, a kto „jest na chodzie". No i kto nie leży, ale jest „zmulony" środkami, które wtedy ładowano niemal bez opamiętania pacjentom z dusznościami.

Pamięci Janki

Zanim dotarłem do SOS-u, na początku lat osiemdziesiątych, wiele o nim wiedziałem. Ale i tak pierwszy naoczny kontakt zrobił na mnie nie lada wrażenie. Zobaczyłem  niesamowity, nieco wyizolowany z zewnętrznej rzeczywistości i w związku z tym mocno nierealny świat frików. Spełniona utopia - takie było moje pierwsze wrażenie.

W wieku 18-tu lat zbuntowałem się na dobre. Mieszczaństwu, pseudosocjalistycznemu badziewiu, nieruchawemu kościołowi wykrzyczeć chciałem NIE.  Zapuściłem długie włosy, wyprowadziłem się z domu i w ruch hippisowski zanurzyłem się po uszy. Zacząłem wieść życie włóczęgi miejskiego, spałem po znajomych, często na klatkach schodowych albo w nocnym autobusie. Bunt był we mnie tak totalny, że zbuntowałem się nawet... przeciw hippisom. Ich podstawowym przesłaniem były hasła WOLNOŚĆ, MIŁOŚĆ, BIERNOŚĆ. Kompletnie tej bierności nie mogłem pojąć. Prorok, najrówniejszy ze wszystkich równych (hipisi twierdzili, że przywództwo to zaprzeczenie równości), twierdził, że podejmował już każdy rodzaj działalności - pracował, tworzył, kradł... I to wszystko nie ma sensu. Trzeba istnieć.

Poniżej link zawierający broszurę wydaną z okazji trzydziestolecia istnienia MOS nr 1 "SOS"

Historia Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii nr 1 "SOS"